poniedziałek, 14 stycznia 2013

Rangoon - Yangoon

Nie spieszyło się nam do Yangoon. W ostatniej chwili planowania podróży ograniczyłam tam pobyt do 2 pełnych dni. Wielokrotnie słyszałam od Jacka, że to fatalny pomysł i co on będzie robił całe 7 dni na plaży. Przyznam szczerze, że zaczęłam wątpić w swoją decyzję  i nawet byłam bliska napisania do Sandy, żeby wymyśliła nam coś innego na ostatnie 2 dni pobytu w Ngapali. Z decyzją jednak postanowiłam poczekać do pojawienia się na wybrzeżu. I dobrze zrobiłam.
W każdym razie, gdy otrzymaliśmy list z recepcji, że nasz odlot do Yangoon zmieniono z godzin nieludzko rannych, na wczesno lunchowe, bardzo się ucieszyliśmy. Ngapali, to miejsce, gdzie mogłabym spędzić połowę emerytury. Drugą połowę oczywiście w Ubud na Bali.
Lotnisko w Thandwe; Jacuś już opisywał, jak wyglądał przylot, spodziewaliśmy się też ciekawej procedury wylotu.  Nie rozczarowaliśmy się. Pani z hotelu załatwiła wszystkie formalności, boardingi, nadała nasze bagaże, podczas gdy z innymi turystami siedzieliśmy w kawiarence popijając drogie napoje. To posiedzenie bardzo się przedłużyło,  nasz lot był opóźniony o około 3 godziny. Zamiast 2 pełnych dni w Yangoon mieliśmy perspektywę 1 dnia.  Gdy samolot miał lądować, na 5 minut przed boardingiem zebrano wszystkich podróżnych w holu. O sprawdzeniu paszportów, płynów w bagażu podręcznym czy ewentualnej broni, nie było mowy. Wpuszczono nas na płytę lotniska w momencie, gdy samolot przykołował. Pani stewardesa jedynie wyniosła 2 zapełnione torebki papierowe i cała horda białych turystów dopełniła samolot wypełniony do połowy przez lokalesów. Po niespełna godzinie, grubo po 20-tej wylądowaliśmy w Yangoon.

Na kolejny dzień zaplanowaliśmy zobaczenie przede wszystkim Shwedagon Pagoda, najważniejszej świątyni dla każdego Birmańczyka. Piękno tego miejsca mam nadzieję, oddają zdjęcia. Poprosiliśmy w naszym hotelu, żeby wpuszczono nas na dach, żeby uwiecznić pagodę błyszczącą już w nocy.  Jak się okazało nie było z tym problemów, a szef ochrony dobrze wiedział gdzie nas zaprowadzić. Do tego wskazał miejsce, mały parapet, do podparcia sprzętu.
Chaukhtatgyi Paya z ogromnym posągiem leżącego buddy, nie zachwyciła nas. Pewnie dlatego, że byliśmy świeżo po zobaczeniu dużo ciekawszego w Wat Pho w Bangkoku. Natomiast warto było tam pojechać z innego powodu. Wychodząc natknęliśmy się na grupkę mniszek, które obskoczyły sprzedawczynię ptaszków. Każda brała do ręki malutkiego pisklaczka, a on spokojnie odlatywał. Chyba na szczęście. Nawet sami chcieliśmy spróbować, ale wszystkie nam wykupiły.
Zajechaliśmy również pod dom rodzinny Aung San Suu Kyi. Niestety wysoka brama uniemożliwiała zobaczenie co się za nią znajduje. Przypomniałam sobie kadry z rewelacyjnego filmu Luca Bessona The Lady. To co na filmie wydawało mi się rzeką, w rzeczywistości jest jeziorem.  Na drugim brzegu, swój dom miał jeden z wysokich generałów junty wojskowej. Przez kilkanaście lat gdy Aung San Suu Kyi była więziona w areszcie domowym można powiedzieć, że przez jezioro sąsiadowała z nim. Tych kilkadziesiąt sekund spędzonych na poboczu razem z innymi turystami wywarło na mnie ogromne wrażenie.

Pewnie moglibyśmy zobaczyć coś więcej, zostać dłużej. Temperatura w Yangoon była ciężka do zniesienia, ponad 30 stopni w cieniu. Już zachciało się nam wracać, może jeszcze nie do domu, ale do ulubionej metropolii na wschodzie. Hong Kong here we come.
(MK)

 
Posted by Picasa

środa, 9 stycznia 2013

Rżnąć w Ray Ban-ach...

 
 
Jako przedstawiciel wolnego zawodu i promotor niezależności biznesowej obserwuję w jaki sposób ludzie „robią interesy”. I obserwuję. Oczywiście wierni czytelnicy wiedzą, że wielkim moim marzeniem jest stworzenie sieci piekarni, gdzie będzie można zobaczyć i doświadczyć jak powstaje prawdziwy chleb na zakwasie. Tym czasem kontynuuje poszukiwanie sposobu na prowadzenie biznesu i jednocześnie sobie marzę. Pisałem wcześniej, że codzienny hotelowy szlak południowy obejmuje wylegiwanie się na plaży. Po kilku godzinach, a dla niektórych minutach, wzmaga się lekkie podenerwowanie. Co tu „kruca bomba” robić. Książka przeczytana, myśli zagospodarowane, temperatura wody sprawdzona, meduzy są i oblepiają człowieka, mingalabar milion razy powtórzone.
Gilllan (to od diety, co to wodę z cytryną trzeba pić rano) mówi, że trzeba jeść 5 razy dziennie, a wtedy człowiek chudnie. Przez kilka tygodni urlopu to stosowałem, ale z powodu przemieszczania się miedzy atrakcjami birmańskimi wypadłem kilka razy z rytmu i co? Widzę od razu efekt jo-jo (zwany tez oj-oj!). Przestraszony nagłym wzrostem wagi znów przypomniałem sobie rady Gillian, często mi wypomniane przez ukochaną żonkę. Owoce! Owoce! Kilka razy w ciągu dnia. Najlepiej na „przegryzkę”. Koniecznie (przed osiemnastą) owoce słyszę jak przez sen. To nie sen, to Magda szturchająca mnie i jednocześnie wydająca polecenie nie znoszące sprzeciwu: rusz się więc (a kto tutaj chodzi najwięcej!) idź załatw owoce! Pierwszego dnia na plaży to się tak przejąłem, że poszedłem 2 kilometry za wsią i znalazłem mały sklepik a tam lekko obeschnięte banany do smażenia, które wciśnięto mi jako te do jedzenia! Dzisiaj jednak postanowiłem stawić opór! Nie będę nigdzie chodzić, pomyślałem. Jak pomyślałem, tak zrobiłem. Nie poszedłem. Owoce jednak same do mnie przyszły.

 
 
Owoce przyszły, bo przyszły „OWOCARKI”. Tak nazwaliśmy panie, które w sprytny sposób nie tylko omijają bardzo skomplikowany system podatkowy w Birmie (pan na skrzyżowaniu w Rangoon chciał nam za jedyne 150$ sprzedać ksero ustawy podatkowej obowiązującej w 2013 roku, więc chyba system musi być skomplikowany), ale także roznoszą szczęście plażowiczom. Nie tylko. One także edukują na temat technik i proces sprzedaży. Ta pani co wczoraj czytała interesującą książkę o zarządzaniu key eccountami, to by się lepiej przypatrywała temu co się dzieje na plaży a nie wierzyła tym amerykańskim pachołkom (!).
To kilka zaobserwowanych etapów sprzedaży.

Pierwszy to kwalifikacja klienta, czyli „heloł maj frijend”. Jak to wygląda? Chodzą panie po plaży. Kilkaset metrów w tą (czyli w prawo) i tamtą (ciekawszą – w lewo). Chodzą a na głowie mają cynowe tace o średnicy ok.50 cm do 60 cm. Na nich 5-8 rodzajów owoców. Waga minimum 10kg!Chodzą wyprostowane, ponętnie, dystyngowanie. W tym skwarze wygląda to jakby się lekko (może 10-15 cm) unosiły nad piaskiem. Z perspektywy leżaka pod bambusowym parasolem jest to jakby w mocno zwolnionym filmie. Tak trochę jak na wyborach Miss Polonia 2012 w Płocku prezentowanych w Polsacie w grudniu z tą tylko różnicą, że owocarki mają w sobie znacznie więcej gracji i luzu. Idą, suną, ślizgają się lekko wilgotnym piasku, unikając wejścia w biegające między niewielkimi dziurami krabami. Prawa noga, lewe biodro, lewa noga prawe biodro, stopa lekko smagające piasek odrzucając jego kryształy na prawo i lewo. Spoglądają tu i tam na niewysortowanych turystów. Lekko obracają tułów w kierunku klienta. Zwalniają nadal idąc. Zatrzymują się na chwilkę, aby skupić na sobie uwagę. A jak uwagę już skupią, to podnoszą jedną rękę (wyobraźcie sobie scenę w zwolnionym tempie) ale natychmiast zaczynają machać szybkimi ruchami (tu scena jak w Benny Hill). Te ruchy wydają się nieco gwałtowne, ale też przez to w tym gorącu lepiej widoczne. Jak klient odmacha (co ciekawe zazwyczaj także w zwolnionym tempie), bo jak tutaj nie zareagować na machnięcie pięknej młodej kobiety, to już jest zakwalifikowany.

W drugim etapie (nazwijmy go „feri fresz my friend, veri fresz”) następuje sprzedaż. Owocarki mają zakaz wchodzenia między leżaczki hotelowe. Tak więc teraz muszą zmusić chudego lub grubego gościa hotelowego do tego, żeby wstał i podszedł do nich. Jak już klient odmacha, to właściwie wiadomo, że podejdzie. Podchodzi i wtedy ta piękna pełna gracji młoda Birmanka okazuje się już nie taka młoda i nie taka piękna, ale mocno zdeterminowana w działaniu „byznez łomanan”. Następuje szybka prezentacja oferty. Jak odmówić kobiecie, która klęka przed tobą, zrzuca z siebie najpierw ogromny talerz, potem w ciągu ½ sekundy toczek, na którym cała konstrukcja była ustawiona. Człowiek od razu mięknie, bo wygląda jakby zaraz miało nastąpić porzucenie reszty odzienia. Wyobraźnia działa: plaża, palmy, kokosy, leżaczki.
Oferta to zawsze to samo: papaja, arbuz, pomelo, melon, kokos, i banany. Nikt o zdrowych zmysłach nie kupuje bananów, a tylko te owoce, które wymagają bardziej skomplikowanej do obróbki. Wybór pada na papaje i ananasy. Jak od czasu do czasu jest jakaś okazja zjeść papaje z puszki (znów kłania się Bomi) to mnie po prostu odrzuca. Tu jednak papaje są najlepszym na świecie owocem. Dojrzałe, słodkie, delikatne, lekko kremowe. Mogą przypominać skrzyżowanie rozpływającego się w ustach melona (Galia) z bardzo dojrzałymi wręcz obrzydliwie słodkimi mandarynkami. Kupuje się zawsze ½ papai albo ½ ananasa albo to i to. Tym razem po szybkiej prezentacji oferty :”ol iz viery fresz end słit”, ustaleniu ceny (tu ceny są ustalone z góry i nie ma co się targować, bo i tak śmiesznie tanio) następuję szybkie obmycie rąk (zastanawiałem się po co one zawsze noszą na tych tacach 2 litrowe butelki z wodą), tacy i pani zaczyna RŻNĄĆ.

 
Do RŻNIĘCIA służą tasaki. Ostrze 25 cm długości i pewnie 1 cm szerokości. Nie tylko łatwo tym RŻNĄĆ ale też obciąć cokolwiek pojawia się w pobliżu. Szczerze mówiąc byłem mocno przerażony jak pani najpierw sprawnym jednym ruchem podzieliła kilkukilogramową papaję na pół, a później bez jakiegokolwiek zatrzymania, jednym sprawnym przeciągnięciem wycinała soczyste płaty, dzieląc je jednocześnie na mniejsze cząstki. Jeden plaster, drugi, trzeci i czwarty. Ten sam proces powtórzony, te same sprawne , pewne i delikatne ruchy. Przy ananasie była mniej delikatna. Tasak zawiesiła nad swoją głową 40 centymetrów na jakąś część sekundy i…. siuuuuuuuuuup! Pierwsze rżnięcie. Potem lekkie przytrzymanie i ………….. sruuuuuuuu! Drugie rżnięcie. Tak samo trzecie i czwarte. Było ostro! Pani była w ciągu rżnięcia.

Jak już pani tak mi wszystko PORŻNĘŁĄ, wsadziła „TO” do torebeczki plastikowej, to naszła mnie taka refleksja. Co by było, gdyby te Ray Ban-y co miała nałożone na swój nos jest nagle w czasie RŻNIĘCIA spadły? Czy by je rżnęła tak samo jak te owoce? Hmm. Jak sądzicie?

Ostatnim etapem procesu sprzedaży jest zamknięcie. Ten etap nazwałabym: „ju hef banana for fri, my friend”. Tutaj zazwyczaj stosuje się metodę ZAŁOŻENIA. To znaczy pani zakłada, że się spotkamy juto, następnym razem, o tej samej porze, w tym samy miejscu. I się nie myli. Bo przecież owoce świeże. Świeże, świeże. Bardziej świeżych sobie nie można wyobrazić. Obsługa była miłą, czysta, szybka i profesjonalna. Na dodatek pani w czasie pracy zadawała kilka razy pytanie spoglądając przez idealnie wyczyszczone Ray Ban-y: „du ju lajk maj kat”, co w dosłownym tłumaczeniu znaczy: czy podobało mi się jej RŻNIECIE. Hmmmm i jak tutaj nie skorzystać z tak taniej usługi jeszcze raz? Najlepiej po lunchu?



A to dokument z pracy innej pani owocarki;)

video


Posted by Picasa

Rybacy na Inle Lake...niechronologicznie...ale pięknie;)

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Posted by Picasa

wtorek, 8 stycznia 2013

Szlaki i jeden szlag, czyli jak żyć, Premierze?


W poprzednim tekście udało mi się wykazać, że mieszkamy w niezwykle urokliwej i ciekawej części Ngapali. Plaża, spokojne morze andamańskie, rybacy z czerwonymi od betelu zębami (od czasu do czasu spluwający czerwoną mazią na idealnie czysty złoty piasek), ryby z odrąbanymi głowami, rozgniecione przez usportowionych turystów krystalicznie przezroczyste i idealnie uformowane meduzy, spadające kokosy na głowy przechodniów itp. Itp. Klasyk mógłby powiedzieć: nudy, nudy, nudy. No tak (jakość często używam tego określenia?), ale przecież miejsca tworzą ludzie i tradycja. No właśnie (znów?) tradycja. Tradycja na urlopie w hotelu (przypominam, że 2/3 podróżujemy i zwiedzamy… a 1/3 się relaksujemy!) to szlaki, trasy, kursy i marszruty.

W przypadku mieszkańców naszego hotelu mamy do czynienia z 3 podstawowymi szlakami. Pierwszy nazwałbym porannym. Obejmuje zasadniczo przejście między punktaki wyznaczonymi na skomplikowanej mapie hotelu: pokój – restauracja – lobby – pokój. Szlak na tyle skomplikowany, że niekiedy doprowadza do starć i dramatycznych sytuacji między małżonkami. (Oczywiście sprawa nie dotyczy nas, bo my jesteśmy idealni.) No bo jak tutaj się nie pokłócić z samego rana, jak człowiek stoi przed takimi dylematami (na tej, jak wspomniałem długiej i wyczerpującej trasie): zaczynamy śniadanie od: jajecznicy, jajka na twardo (5 czy 6 minut?), miękko (2 czy 3 minuty?) lub omleta, czy wręcz przeciwnie: od jogurtu słodzonego syropem palmowym z owocami, orzechami czy rodzynkami. Niekiedy intensywne rozmowy dotyczą także wyboru między śniadaniem angielskim (blada parówka z czegoś na końcu pięknie rozczłonkowana w kształcie kwiatka, pomidor usmażony, fasolka i upieczone placki ziemniaczane) czy też lokalnym (tutaj są do wyboru liczne zupki, pływające fragmentu kurczaka lub świni i różne cudowne o poranku przyprawy typu czosnek, soja, chilli etc…). Część par prowadzi intensywne dyskusje na ten temat idąc już na śniadanie i potykając się od podłogę z drewna egzotycznego (bo tutaj innego nie ma). Niekiedy ktoś się wywróci i wtedy „druga kochająca połówka” zawsze zgadza się na oczywisty wybór poszkodowanego. Kończy się to oczywiście poźniej zgryźliwymi uwagami, że jakbyś się nie potknął to zjadłabym sobie tego croissanta (z Lidla najlepsze!).

Dylematy szklaku porannego obejmują również tosty: pszenne, z chleba z kukurydzą lub może z chleba czarnego, jak nazwała a la razowiec Amerykanka. W przypadku tej Amerykanki szlak poranny obejmował codziennie dyskusję z obsługą zawierającą zdanie : „ aj nid hat łater end e kap”. Jak trzeciego dnia po raz kolejny zaczęła znęcać nad obsługą wypowiadając te zdanie z nowoorleańskim akcentem to się włączyłem i obsługa od razu wiedziała, że chodzi o gorącą wodę i filiżankę. Amerykanka postanowiła także (chyba po raz pierwszy w swoim życiu) zamówić inną kawę niż tradycyjnie lurowatą ze Starbucksa. Podsłuchała, że my poprosiliśmy o espresso machiato i z cudownym niewymuszonym włoskim akcentem rozdarła się na całą restaurację wołając kelnera: aj alzo łud lajk maciatto late, ju noł hał tu mej kit. Zaśmiała się szyderczo i wyniośle. Na szczęście kelner barister wiedział co zrobić więc już się nie odzywała (następnego dnia znów znęcała się nad obsługą)

W czasie porannego szlaku małżonkowie rozmawiają lub nie rozmawiają. Co ciekawe ci co nie rozmawiają, są naprawdę ciekawszym obiektem do obserwacji. Okazuje się, że to co jak uczę na podstawie wieloletnich badań amerykańskich naukowców (typowy chwyt szkoleniowy, żeby coś powiedzieć i żeby ktoś to zapamiętał), jest absolutną bzdurą. Otwórz amerykańscy naukowcy twierdzą (powiedzmy sobie otwarcie że nie z Harvard-u), że jak jest się w towarzystwie i nagle nie mówi się przez 4 sekundy to jest taki moment, że ktoś coś powie! Eureka! Tak twierdziłem przez lata. No tak, ale w przypadku tych (ciekawszych - niemówiących) małżonków to się nie sprawdza. Oni sobie siedzą i nic nie mówią. Nic. Niente. Nul. Zero. Siedzą a myśli im płyną. Siedzą w dodatku lekko zastygnięci, patrzą każde w innym kierunku. I coś tam widzą. Hmm. Hmm. No, ale co? Rozumiem tych co patrzą w lewo na naszej plaży, bo ciekawiej (patrz tekst wcześniejszy). Ale co z tym, co patrzą w prawo? Co on TAM widzą? Czy jest coś, co my z Magdusią nie zauważyliśmy? Może mamy jakieś braki? Nie jarzę!  Poranny szlak kończy się wspólnym w uścisku przejściem do pokoju, na plażę ( raczej w prawo niż w lewo) lub też ewentualnie ucieczką jednego z małżonków. Ucieczka obejmuje wyjście do SPA, bo betel (obrzydliwe), sprawdzenie czy piasek jest zimny lub ciepły. No wiecie…ucieczka to ucieczka przed rozmową.

Szlak południowy rozpoczyna się około 11:00. Trasa jest jeszcze mniej skomplikowana niż poranny szlak: pokój – plaża – pokój. Są odchylenia oczywiście: pokój – plaża – bar/restauracja – pokój. To wtedy właśnie małżonkowie, już po śniadaniu udają się wspólnie na plażę. Jakie to romantyczne. Ciekawe jak niektórzy uzgodnili to wyjście, skoro przez całe śniadanie ze sobą nie gadali. O, może przez SMS-y. Hmm, tutaj to nie działa bo nie ma roamingu. Zaraz, zaraz, a może ci właśnie niegadający ze sobą małżonkowie, to mają wykupione lokalne kary SIM. Ale ja głupi. Tak, tak! Oni komunikują się dzięki lokalnemu operatorowi! Wychodzą więc, jak wspomniałem. Nie za wcześnie, ale tez nie za późno. Nie za wcześnie, bo trochę u nas wieje i jak rano człowiek wylądowałby na plaży to by mocno wywiało. Choroba murowana a lekarz w zasięgu 1 godziny połączenia lotniczego, jeśli samolot w ogóle stąd wyleci. Po za tym, nie ma tutaj niemieckich turystów (ale są oczywiście niemieckojęzyczni z Austrii i Szwajcarii), więc nie trzeba blokować leżaczków o 06:07. Nie za późno, bo po 12:00 jest nalot pań „owocarek”, a one wtedy nie przepuszczą każdego wchodzącego na plażę. O „owocarkach” innym razem.

Po zajęciu leżaczka małżonkowie mogą robić różne rzeczy. Jedni np. wpadają na pomysł czytania. No to teraz mamy technikę na tyle dostępną, że widać bogactwo. Im bardziej ktoś ma coś tam skośnego na twarzy, tym bardziej jest zelektronizowany. Ci z NRD lub RFN (nieujawnieni) lub z krajów niemieckojęzycznych, to niestety czytają jakieś idiotyczne książki. Np. pani koło mnie czytała dzisiaj : Excellence In Key Account Management. Miała też w zanadrzu: How to sell to difficult customers. No była dobrz na to przygotowana, bo miała zupełnie niewiele na sobie. Po co ona to czyta, wystarczy się przecież dobrze ubrać! Jezu, te książki to: NUDY. Po przeczytaniu 5 stron (3 obejmują tytuł), następuje zmęczenie literaturą.  Małżonkowie dochodzą do wniosku, że trzeba się ruszyć. No i się ruszają. Niektórzy zrzucają z siebie prawie wszystko i zaczynają dokądś biec, iść lub spacerują. Niektórzy biegną w stronę morza (cały czas to samo andamańskie) i krzyczą, Chyba raczej z radości, bo żadnego topielca nie znalazłem na plaży jeszcze. Co ciekawe im ktoś piękniejszy i wysportowany tym mniej wykonuje zbędnych ruchów. Jakoś chyba ci piękniejsi mają bardziej skoordynowane ruchy. To znaczy, że na plaży w czasie szlaku południowego generalnie widywaliśmy ludzi normalnych tzn. takich, którym skalpel by się przydał lub ewentualnie intensywna dieta Cambridge. Panie z falującymi biustami w prawo i w lewo, panowie z oponami, czasami dwoma dumnie podskakującymi w górę i w dół.

W czasie szlaku południowego odbywa się ciekawy rytuał. Nazwałbym go : MINGALABAR. Otóż każdy, kto sobie gdzieś idzie co chwila mówi MINGALABAR. To trochę jak mantra. Mingalabar, mingalabar, mingalabar, mingalabar. To po prostu dzień dobry po birmańsku, które co chwilę trzeba użyć witając się lub żegnając z: właścicielami restauracji, „owocarkami”, właścicielami kramików, paniami robiącymi bransoletki ze sznureczków, rybakami, właścicielami łodzi etc. ten szlak jest wyczerpujący, bo wymaga ciągłej interakcji. Jeśli nie z małżonkiem, to przynajmniej z otoczeniem. Co ciekawe niby wszyscy tacy uprzejmi, międzynarodowi, niektórzy to pewnie prezesi, ale turysta do turysty nigdy nie powie mingalabar.  Szlak ten kończy się w momencie gdy podejmujemy trudną decyzję dnia: co jeść i jak żyć dalej. Opcji jedzeniowych w czasie szlaku południowego jest wiele. Jesteśmy nad morzem, więc wydawałoby się logicznym, że ludzie wybierają coś morskiego. Jeśli nie homara (bo bez przesady), to chociaż krewetki (ok. poddaje się ujawnię: 15 dużych jak z Lidla to wydatek mniej niż 5pln w jakiejkolwiek postaci!!!) lub świeże ryby. Nie… większość uczestników szlaku południowego kończy na jedzeniu kurczaka lub świni. Osobiście nie widziałem jak one są hodowane. Nie podejrzewam o przesadną higienę na poziomie HCCP.
Miedzy szlakiem południowym i wieczornym, jest przerwa, siesta, pauza lub tzw. break. W tym czasie często drogi małżonków się rozchodzą. To znaczy każde z nich odlatuje gdzieś indziej. Słychać więc pod palmowymi parasolami (bo innych tutaj nie ma i po prostu są tańsze!) chrapanie. W zależności od narodowości jest mamy tutaj dźwięki z La Scali, Metropolitan lub też Sydney i Opery Wiedeńskiej. Niestety Opera Narodowa nie jest licznie reprezentowana.

Te 2 szlaki, czyli poranny i popołudniowy to uwertura do szlaku wieczornego. Pokój – bar – restauracja hotelowa – restauracja uliczna – bar – pokój. Ten rozpoczyna się od 17:00. Punktualnie. Dlaczego 17:00 punktualnie? To Happy Hour w naszym barze z kiczowatym widokiem na zachód słońca (nienawidzę zachodów słońca w Azji!). Każdy drink o 1$ tańszy! No to się towarzystwo schodzi parami, chociaż przy tym szlaku mamy zjawisko łączenia się par. Ludzie stają się dla siebie przyjaźni i po 8 godzinach (nomen omen od dziewiątej do siedemnastej) mają potrzebę nawiązania kontaktu z innymi. Przez poprzednie szlaki nikt z nikim nie rozmawiał, wszyscy w skupieniu cieszyli się byciem we dwoje! Alkohol zaczyna się lać! Mojito, tequila, gin z tonic-kiem. Nie mniej niż na 2 drinki na osobę! Dalej w zależności od pomysłu na wieczór szlak kontynuowany jest w restauracji hotelowej lub poza nią. My korzystaliśmy w większości z restauracji o dźwięcznej i bezpretensjonalnej nazwie „Best ONE”. Była absolutnie the best i to niezależnie od tego, czy popijaliśmy do kolacji wino birmańskie (pisałem chyba, że wyśmienite!), czy też nie. Koniec szlaku wieczornego następuje w momencie wystawienia rachunku: w $ w hotelu lub w kyatach w restauracji.

I teraz tak. Patrząc na tak intensywne przeżyte dni. Ilość pokonanych szlaków, tras, kursów i marszrut - powstaje prawdziwy dylemat. Ciężki do rozstrzygnięcia. Jak człowiek w ciągu tych 7 dni przyzwyczaja się do takiego szlaku, to czy go SZLAG nie trafi, jak wróci do rzeczywistości i nie będzie mógł kontynuować tej rutyny? Jak żyć Premierze? Jak żyć? 

niedziela, 6 stycznia 2013

Plażą w Ngapali (lewo, bo ciekawiej).



video
Ile można podziwiać widok plaży w Ngapali. Ja twierdzę, że długo. No może trochę przesadziła(-e)m. Setki metrów czystego piasku ciągną się wokół zatoki. Mąż twierdzi, że morze ma kolor moich Melissek z przeceny kupionych w Bangkoku. Już żałuję, że nie kupiłam sobie innych, tych w kolorze plaży. Ale mi wypomniał, że jak się kupuje buty, to żona odejdzie. No to się powstrzymałam. Na razie. Chcę napisać jakiś poetycki tekst, ale co chwila Jacek mi się wtrąca i wstawia swoje określenia.

Nie mieliśmy już ochoty oglądać innych turystów (Jacek popełni tekst wieczorem na ich temat) bo wszyscy są starzy, grubi (jest jeden jak Daniel Graig w scenie wyjścia z wody!) i w dodatku mocno spaleni słońcem. Ale może będzie jutro zmiana bo przyjechali z tańszego turnusu dzisiaj i wyglądają na pięknych. No, to jutro się strzaskam na heban i zaprzyjaźnię na miejscu, a dzisiaj idziemy do wsi rybaków przy plaży.

   
 
Postanowiliśmy pójść na lewo (wybór naprawdę istotny!). Na prawo poszliśmy już raz i oprócz eleganckich resortów, mini knajpek dla turystów (4 stolików) połączonych z mini salonem Spa (zbitym z kilku desek łóżkiem postawionym pod zadaszeniem z liści palmowych) jak również mini sklepików (stoliczek i kramik z bambusa) z pamiątkami nie znaleźliśmy niczego innego. Lewa strona miała być naszą nadzieją na obserwację normalnego ngapalskiego życia. Jacek kupił siatkę bananów. 

Znów się będzie objadał. Taki „bananowy” z niego człowiek, co mu pewnie zostało jeszcze z liceum, bo do jego liceum chodziła bananowa młodzież. Jacek do nie się nie załapał, bo pierwsze Lewisy z Pewex-u miał dopiero w 3 klasie, a inni już nimi przyszli do pierwszej. Bananów, tych malutkich azjatyckich, co to w Bomi były po 25PLN i dlatego pewnie Bomi zbankrutowało(!), było pewnie ze 20. Hmm, czeka nas długi spacer, pomyślałam, bo przecież to trzeba zjeść patrząc na idylliczny obraz morza andamańskiego (dobrze że słońce nie zachodzi jeszcze bo to byłby znów kicz). Po przejściu 555 metrów (nie mamy krokomierza, ale jakoś tak pomyślałam, że ładnie to wyglada;)) zobaczyliśmy oznaki normalnego życia. Nieco innego aniżeli to wokół hoteli. Ale tak jest, więc nie ma się czemu nadmiernie dziwić. Nie dziwimy się więc tylko sobie idziemy;)

   
 
 
Panowie właśnie rozładowywali świeżo złowione ryby. Pewnie to małe tuńczyki, baraccudy, snipery (białe i czerwone)… ale też jakieś długie. Tych nie znanym. Na całej plaży (ale tej tylko wokół wioski rybackiej) porozrzucane są na brzegu odcięte głowy ryb. Setki, a może nawet tysiące. Obraz na pewno nie zalicza się do idyllicznych, a tylko przypomina o tym, że tu się żyje i pracuje… i śmieci. Greenpeace miało by co tutaj robić. Jak zawsze jak rybacy przypływają na brzeg tłum ludzi zbiera się wokół morskich zdobyczy. 

Niektórzy pewnie ciekawscy, inni od razu próbują robić interesy. Lekkie podniecenie i harmider. Trochę zamieszania wywołuje kupiec (pewnie hurtownik) który przyjeżdża na motorynce z przyczepą i kupuje „na pniu” wszystko od razu. Jedna łódź za drugą. Nie każdy się jednak załapuje i część wieziona jest do samej wsi gdzie jest przetwórnia ryb – taka Centrala Rybna z Gdyni z Hryniewieckiego. W samej wiosce rybackiej niesamowicie intensywny zapach morza. Ale nie żeby tak pięknie, wręcz przeciwnie. Na niebieskich siatkach suszone są małe ryby, z wokół nich unosi się dusząco dławiący zapach. Wrażliwi by tu wymiękli. Jacek wymiękł mimo tego, że się przy Centrali Rybnej i Dalmorze wychował, a w domu to sam ryby sprawia . Z jednej strony wygląda to ciekawie, a z drugiej lekko przerażająco, bo część z tych ryb albo się jeszcze lekko porusza i woła o wodę, albo też już się nie porusza i nie woła o nic, bo im głowy odcięto. Łańcuch pokarmowy działa: głowy dla ptaków i psów, a reszta dla ludzi. Nas też przecież ktoś kiedy zje, chyba że zastosujemy inne metody dematerializacji. Po siatkach chodzą panie, wykonują półobrót z koszem i gwałtownym ruchem rozsypują (zupełnie jakby siały jakieś zboże) przebrane do suszenia ryby i ich kawałki. 

Widok lekko surrealistyczny, powtarzający się co kilka minut. To oznacza, że te kilkadziesiąt łodzi przywiozło sporo małych ryb. Przy tych wszystkich czynnościach jak przebieranie, czyszczenie, ucinanie głów, brakowało tylko jakichś takich melodii kołchozowych aby dopełnić obrazu takiej spółdzielczej sielanki.

   
 
 
Na plaży mnóstwo dzieci. Podobno teraz nadal mają przerwę świąteczna (!), 10 dni wolnego, więc pewnie nie chodzą do szkoły. Każde zrobienie zdjęcia przez Magdę bacznie jest przez nie obserwowane. Dopiero jak mogą same siebie zobaczyć ma ekranie to w śmiech. Co w tych zdjęciach jest takiego, że jak się człowiek sam ogląda to nie opuszcza go uśmiech od ucha do ucha? Kilka fotek i jesteśmy już zaprzyjaźnieni. 

Dodatkowo kilka kurtuazyjnych zdań typu: How are you? What’s your name? Your country? I mamy nowych przyjaciół! Dobrze, że dzieci uczą się praktycznego angielskiego, a nie tak ja ja z Alexandra typu: Excuse me where is the nearest airport? Jak w jednym z pierwszych scenek! Dzieciaki na widok bananów po prostu oszalały. Pamiętałem tylko, żeby częstować każde z nich pojedynczo… bo już gdzieś mieliśmy takie przypadki w Indonezji, że jedno dziecko porwało całe zapasy i odbyła się regularna bitwa. A ponieważ mieliśmy dużo bananów, więc wszystkie dzieci z całej wsi do nas przybiegły. Śmiechy, chichy i dodatkowo element dydaktyczny, czyli nauka imion. 

Nam to poszło gorzej, bo dzieci było ponad 15, dzieciom poszło znacznie lepiej co uwieczniliśmy na telefonie;)

   
 
 
 


Posted by Picasa
JK & MK (featuring)